Letters From The Earth
L o r d , in the silence of arising day
I come to ask You for peace, wisdom and strenght.
Make that my good deeds were not obscured by my sins,
that my vices didn't overwhelm my honesty
which slumbers somewhere inside of me.
Allow me to believe in the worth of my work, my effort
because only then I will be able to live,
teach me to despise myself not and point what is the most important
that I wouldn't feel indifferent.
Show me how to accept myself as I am, even if I commited evil
because only then I will be able to keep my pride
and fight for to be a man.
P a n i e , w ciszy wschodzącego dnia
przychodzę Cię prosić o pokój, mądrość i siłę.
Spraw, by moje grzechy nie przysłoniły mi moich dobrych uczynków,
by moje wady nie przygniotły prawości,
która drzemie gdzieś we mnie.
Pozwól mi uwierzyć w wartość mojej pracy, mojego trudu,
bo tylko wtedy będę mógł żyć normalnie,
naucz mnie sobą nie gardzić
i wskaż mi, co jest najważniejsze,
by nie było mi wszystko jedno.
Pokaż jak zaakceptować siebie takim, jakim jestem,
chociażbym nawet popełnił zło,
bo tylko wówczas będę umiał zachować swoją godność
i walczyć o to, żeby być człowiekiem.
B ą d ź ze mną,
kiedy noc rozserza swoje ciemne palce.
Bądź ze mną,
kiedy w ciszy ludzkich snów nastaje dla mnie czas męki.
Bądź ze mną,
kiedy strach paraliżuje moje myśli.
Bądź ze mną,
kiedy cierpienie zabiera mi jasność myślenia.
Bądź ze mną,
kiedy moje wołanie zamienia się w skowyt.
Bądź ze mną, bo kiedy jesteś ze mną, wiem, że nastanie dzien.
B ą d ź światłem moich nocy,
Bądź błękitem nieba w ponury dzien,
Bądź nie spełnionym czekaniem na pieszczotę,
Bądź nawet nieustannie trawającą tęsknotą,
tylko bądź,
bo wtedy wszystko ma sens.
O d zdrowego rozsądku co zapatrzony w najszczytniejsze cele
przydeptał nieopatrznie przyłaszczkę w ogrodzie
Uchron mnie Panie,
Ciemność zapatrzenia co nie daje szansy znalezienia prawdy
Rozjaśnij mi Panie,
Nad szarością zachłanną, co ze wstydem ukrywa rumience fascynacji
Czuwaj ze mną Panie,
Miłością co obciąża zmora posiadania, nie daj mi kochać Panie,
I marzeniem by mieć przyjaciela motyla
Nie bądz mi nigdy.
D r o g a od Ciebie do mnie, głębią niemocy nie pokonana
Ty jesteś Wielki, a mnie prawie nie ma
Wierzę w Ciebie, wierzę? przecież wierzę, padam wciąż na nowo i coraz boleśniej,
Ty trwarz przy ołtarzu; ja jestem jak topniejący w słoncu śnieg -
- wczorajsze marzenie o trwaniu
Ty jak ciepło nieba przenikasz istotę życia i dnia
Boję się, że kiedy zobaczysz... ale przecież Ty wiesz, wiedziałeś od początku.
....i kiedy mnie już nie będzie mów im proszę, wciąż od nowa
że najważniejsza jest miłość, która się nie spełnia.
Droga od Ciebie do mnie głębią niemocy niepokonana.
N i e umiem powiedzieć Ci,
jak bardzo jesteś mi potrzebny.
Nie umiem opisać nawet swego przerażenia na myśl,
że mogłoby Cię nie być.
Nie potrafię zrozumieć po co jest Ci potrzebne
takie życie jak moje.
Nie wiem...
Nie umiem...
Nie potrafię...
ale wierzę, że Ty wiesz i to mi wystarczy.
J e s t e ś niekonczącym się trwaniem w niespełnieniu
i realnym dotykiem przyjaznej dłoni,
co jest jak ostatnia deska ratunku.
Jesteś ciszą, która nastaje po najcięższej burzy
i odgłosem ziemi spadającej na wieko zakopywanej trumny.
Jesteś zrodzoną z miłości potrzebą oddania się blizniemu
i tęsknym wołaniem wolności.
Jesteś pewnością zrodzoną z niepewności
i czekaniem na motyla.
D z i ę k u j ę , Ci po prostu za to, że jesteś
za to, że nie mieścisz się w mojej głowie
która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem,
które jest za nerwowe
za to, że jesteś tak bliski i tak daleki
że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze,
że uciekamy od Ciebie do Ciebie,
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie,
za to, że to, czego pojąć nie mogę - nie jest nigdy złudzeniem,
za to, że milczysz tylko my - oczytani analfabeci chlapiemy językiem
B ą d ź światłem moich nocy,
Bądź błękitem nieba w ponury dzien,
Bądź nie spełnionym czekaniem na pieszczotę,
Bądź nawet nieustannie trawającą tęsknotą,
tylko bądź,
bo wtedy wszystko ma sens.